<title_newspaper="Przyjaciółka">
<title_article="Nasze dzieci odpoczywają">
<author_1="Z. Dyktor-Dąbrowska">
<language="pl">
<style="press">
<year="1951">
<month="7">
<date="1951-07-15">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Pociąg mknie po szynach. W wagonie tłoczno, gorąco. Pasażerowie pogawędką z sąsiadami skracają sobie czas. Zażywna kobieta w średnim wieku rozmawia z drugą, której twarz ma wyraz zatroskany i niespokojny. Z rozmowy wynika, że osoba zatroskana i niespokojna jedzie odwiedzić córeczkę, która jest na koloniach letnich — Mówią ludzie tak i owak, wiec chcę zobaczyć jak jej tam jest naprawdę. Jej sąsiadka wzrusza ramionami i mówi: — Ludzie lubią gadać i powtarzać niestworzone rzeczy. Mój syn jeździ już czwarty rok na kolonie i nigdy nie narzeka... — Zobaczymy! — wzdycha zatroskana matka. Jest godzina obiadu. Na pięknej oszklonej werandzie długie stoły, nakryte białymi obrusami. Przy stołach ponad czterdzieści dziewcząt, w wieku od lat 12 do 15. Rozgadane, roześmiane jedzą botwinkę z młodymi kartoflami. Jedząc — dziewczęta opowiadają sobie, jak dobrze było na jagodach w lesie i ze po odpoczynku znów będzie siatkówka i tańce przy radio. Z talerzy znika zupa, wyciągają się ręce po „dolewkę". Na drugie danie kluski z serem, a na deser truskawki. Tu na powietrzu mam szalony apetyt mówi któraś z „małych" a w domu mama płakała, że nic nie jem... Na kolonii letniej w Zalesiu Górnym dopisuje dziewczętom i apetyt, i humor. Posiłki są smaczne, przyrządzane racjonalnie i umiejętnie. W ciągu dnia dzieci jedzą cztery razy. Rano pije się mleko, kawę mleczną lub kakao. Do tego chleb z masłem, z marmoladą, ile kto zapragnie. Tak samo z podwieczorkiem. — Najgorsze, że po obiedzie trzeba godzinę odpoczywać!—żali się mała Hania Winnicka, zamieszkała w Warszawie ul. Klonowa 10.
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
